Czego uczą się dzieci, gdy wolno im się potknąć.
Badacze z Kanady wyróżnili sześć typów ryzykownej zabawy:
- Zabawa na wysokościach (np. wspinanie się na drzewa).
- Zabawa z dużymi prędkościami (np. dynamiczna gra w berka, zjazd z górki na rowerze).
- Zabawa z narzędziami (budowanie fortu, struganie kijka).
- Zabawa w pobliżu żywiołów (ogień, woda, klif).
- Zabawa z możliwością zgubienia się (wędrówka bez nadzoru, ukrywanie się w krzakach).
- Szorstka zabawa (np. udawana walka).
Na moich warsztatach rodzinnych budowaliśmy hotele dla owadów z surowego drewna i drewnianych odpadków. Pracowaliśmy z młotkiem, piłą, wiertarką, gwoździami, a więc nasza zabawa mogłaby być zakwalifikowana do punktu 3.
Rodzice często bali się dać dzieciom narzędzia, uznawali, że dziecko jest jeszcze za małe. Naciskałam jednak, żeby próbowały z niewielką asystą. Radziły sobie świetnie, nawet te najmniejsze.
Badania wskazują, że ryzykowna zabawa we wczesnym dzieciństwie pomaga w rozwoju pewności siebie, odporności psychicznej, umiejętności funkcjonowania wykonawczego i zdolności zarządzania ryzykiem.
W jednym z eksperymentów obserwowano 45 dzieci w wieku 2-5 lat. U dzieci, które miały dostęp do ryzykownej zabawy na świeżym powietrzu spadł depresyjny nastrój i zachowania antyspołeczne. Wzrosła niezależna zabawa i zachowania prospołeczne. Edukatorzy zauważyli poprawę w socjalizacji, rozwiązywaniu problemów, koncentracji, samoregulacji, kreatywności i pewności siebie.
I jeszcze coś – prace naukowe, że angażowanie się w ryzykowną zabawę może ZMNIEJSZYĆ ryzyko urazów, nie zwiększyć.
Miałam okazję to w pracy edukatorki zobaczyć na własne oczy. Dzieci, które mają możliwość ryzykowania, są bardziej rozwinięte motorycznie. W efekcie mniej się przewracają i robią sobie krzywdę, bo mają bardziej precyzyjne i pewne ruchy, lepszą równowagę.
Fizyka nie bierze jeńców – jeśli małe dzieci nie będą ćwiczyć równowagi na trudnym terenie, będą się częściej przewracać jako większe dzieci. Unikanie trudnego terenu jest przeciwproduktywne.
Zagrożenie kontra ryzyko – różnica, którą musisz znać.
Żeby świadomie pozwolić dziecku na ryzyko, musisz najpierw zrozumieć różnicę między zagrożeniem a ryzykiem.
Parachute Canada definiuje to tak:
Zagrożenie to sytuacja, w której źródło niebezpieczeństwa nie jest oczywiste dla dziecka. Potencjał urazu jest ukryty – jak w przypadku uszkodzonej barierki, szkła w trawie czy głębokiej dziury zakrytej liśćmi.
Ryzyko to sytuacja, w której dziecko może rozpoznać i ocenić wyzwanie oraz zdecydować, co dalej zrobi. Na przykład wspinaczka na drzewo.
Twoja rola? Zarządzaj zagrożeniami, ale pozwalaj na ryzyko.
Zdarzyło mi się podczas zajęć w lesie, że dzieci uparły się, że wdrapią się na przewrócone drzewo. Pień leżał pod kątem – można było wejść na niego z ziemi, ale w miarę wspinania było coraz wyżej. Wraz z nauczycielką zdecydowałyśmy, że pozwolimy im, bacznie obserwując.
Każde z nich naturalnie kończyło wspinaczkę tam, gdzie czuło się bezpiecznie. Żadne nie weszło tak wysoko, aby upadek mógł skończyć się bardzo źle. Najwyżej ktoś doszedł do około półtora metra nad ziemią. Dzieci wspinały się jako grupa, robiły to razem i pilnowały siebie nawzajem. Były wśród nich odważniejsze, które zaszły wyżej. Inne je podziwiały.
Dlaczego tak trudno nam odpuścić
Na początku napisałam, że dzisiejsi dorośli, wychowani w latach 90. lub wcześniej, nie pozwalają własnym dzieciom na takie zabawy, jakich sami doświadczali w dzieciństwie.
Co się stało?
Badacze wymieniają kilka przyczyn.
Mniej czasu wolnego, więcej ustrukturyzowanych zajęć pozalekcyjnych. Architektura przestrzeni – dominacja samochodów, mniej terenów dzikich, typowe katalogowe place zabaw. Obawy o bezpieczeństwo podsycane przez media. Więcej czasu przy ekranach. Presja na osiągnięcia akademickie.
Georgina Manning, psychoterapeutka, zwraca uwagę na jeszcze jeden mechanizm:
„Wygląda na to, że obecna kultura rodzicielska polega na wypełnianiu każdej godziny każdego dnia ciekawymi zajęciami dla naszych dzieci. W mojej pracy z rodzinami większość rodziców mówi, że odczuwają presję, aby dorównać innym rodzinom, które zapewniają te dodatkowe zajęcia, i czują, że nie zapewnią swojemu dziecku najlepszych możliwości, jeśli nie umieszczą go na różnorodnych zajęciach pozalekcyjnych”.
Ja w rozmowach z rodzicami słyszę przede wszystkim, że boją się wypadków, zranień. Boją się chorób przenoszonych przez kleszcze. Chcą zapewnić dzieciom bezpieczeństwo i komfort.
To zrozumiałe. Niestety: niekoniecznie racjonalne. I długofalowo wcale nie „lepsze” dla dziecka.
Ktoś na moich warsztatach odciął sobie opuszkę palca.
Wrócę do warsztatów z budowania hoteli dla owadów.
W ostatecznym rozrachunku nie zdarzyła mi się żadna kontuzja ani zranienie u dzieci po całej serii warsztatów. Za to sporo wypadków u dorosłych.
Jeden ojciec odciął sobie piłą opuszkę palca. Inny pociął krzesło, o które oparł drewno do przecięcia. Notorycznie łamali wiertła, bo nie umieli nimi prawidłowo pracować i je przegrzewali.
Dzieci? Pracowały ostrożnie i uważnie. Chętnie stosowały się do moich instrukcji. Robiły wszystko prawidłowo, bez wypadków i strat w sprzęcie. No, może czasem krzywiły gwoździe, ale to się zdarza.
Dlaczego dorośli – zwłaszcza ojcowie – radzili sobie gorzej?
Przeceniali swoje możliwości. Chcieli się pokazać przed dzieckiem. Gorzej, jeśli nie mieli doświadczenia. Nie umieli rozsądnie podejść do pracy z narzędziami.
Dzieci były bardziej pokorne wobec swojej niewiedzy.
Dorosły, który nigdy nie pracował piłą, zakładał, że to proste. Dziecko zakładało, że to trudne i niebezpieczne, więc słuchało instrukcji i uważało.
Chroniąc dzieci przed narzędziami, pozbawiamy je szansy na naukę bezpiecznego korzystania z nich. A potem jako dorośli kaleczą się przy pierwszej okazji…
Dzieci, które bały się wejść do lasu.
Miałam zajęcia, podczas których część grupy w ogóle nie chciała wejść między drzewa. Te dzieci bały się pająków, kleszczy, że pobrudzą ubranie. Inne mniej się bały, ale zupełnie nie interesował ich przygotowany przeze mnie program. Wolały oglądać patyki, drzewa, liście.
Pozwoliłyśmy im z nauczycielkami na swobodną zabawę, rezygnując z programu.
Te dzieci, które się nie bały, zaczęły ganiać między drzewami, podnosić patyki i udawać, że to miecze albo czarodziejskie różdżki. Samodzielnie weszły w zabawę.
A te przestraszone? Stopniowo przezwyciężyły strach, obserwując innych. W końcu same weszły między drzewa i dołączyły do zabawy.
Nie musiałam ich do tego zmuszać. Nie musiałam ich przekonywać. Wystarczyło odpuścić i pozwolić im obserwować.
Badania potwierdzają, że środowiska wspierające ryzykowną zabawę promują jednocześnie wydłużony czas zabawy, interakcje społeczne, kreatywność i odporność psychiczną.
Okazuje się, że czasem najlepsze, co możesz zrobić jako rodzic (nauczyciel, edukator…), to się odsunąć i pozwolić dzieciom na swobodną eksplorację terenu.
Co możesz zrobić – konkretny plan.
Zmiana zaczyna się od zrozumienia różnicy między zagrożeniem a ryzykiem. Teraz pokażę Ci, jak wprowadzić to w życie.
Rozpoznaj zagrożenia i je wyeliminuj.
Zacznij od przeglądu przestrzeni, w której bawi się Twoje dziecko.
Zadaj sobie pytanie: co jest ukrytym zagrożeniem, którego dziecko nie może samo ocenić?
Przykłady zagrożeń: uszkodzona konstrukcja na placu zabaw, szkło w trawie, uszkodzone studzienki, luźne deski z wystającymi gwoździami, niedostatecznie zamarznięty staw.
Jednak pamiętaj: przewrócone drzewo, na które można się wspiąć to nie jest zagrożenie. Ani stromy stok. Ani strumień. To wszystko ryzyka. Jeśli dziecko może samo zobaczyć wyzwanie i ocenić je – nie rób nic.
Buduj świadomość ryzyka stopniowo.
Moja mama stosowała strategię „pokazuj i nazywaj”, odprowadzając siedmioletnią mnie codziennie do szkoły.
Używałyśmy komunikacji publicznej, a ostatnie kilkaset metrów szłyśmy piechotą. Po drodze dowiedziałam się, co powinnam robić w niebezpiecznych miejscach: jak przekraczać ulicę na przejściu dla pieszych bez świateł, jak bezpiecznie pokonać strome schody.
Nie zabraniała mi. Pokazywała mi, jak to robić.
Możesz stosować tę samą metodę przy wspinaczce na drzewo: „Zobacz, jak sprawdzam, czy ta gałąź jest mocna? Trzymam się jej i lekko podskakuję. Jeśli się ugina – nie wchodzę wyżej. Teraz Ty spróbuj.”
Nie zabraniaj. Pytaj: „Jak myślisz, czy to jest bezpieczne? Co może się stać? Jak sprawdzisz, czy możesz iść dalej?”
Pozwól dziecku decydować o tempie.
Canadian Paediatric Society rekomenduje: nie zmuszaj do odwagi, nie hamuj zapału.
Pamiętasz te dzieci wspinające się na przewrócone drzewo? Każde zatrzymało się tam, gdzie czuło się bezpiecznie. Nikt nie zaszedł zbyt wysoko. Nikt nie upadł.
Dlaczego? Bo dorośli nie pchali ich do przodu ani nie zabraniali niczego. Obserwowaliśmy.
Twoje dziecko ma wbudowany system oceny ryzyka. Nie jest doskonały, ale działa wystarczająco dobrze, jeśli POZWOLISZ mu działać.
Jeśli dziecko mówi „boję się” – nie odpowiadaj „nie bój się, nic Ci nie będzie”. Powiedz „Okej, możesz zostać tu, gdzie czujesz się bezpiecznie. Może innym razem spróbujesz czegoś nowego”.
Jeśli dziecko pędzi na szczyt bez zastanowienia – nie krzycz „zejdź!”. Zapytaj „sprawdziłeś, czy te gałęzie są mocne? Co zrobisz, jeśli któraś się złamie?”
Zmień swój język.
Twoje słowa kształtują sposób, w jaki dziecko myśli o ryzyku.
Zamiast „Uważaj!” → „Jak się czujesz tam na górze?”
Zamiast „Zejdź, spadniesz!” → „Sprawdź najpierw, czy ta gałąź jest mocna”
Zamiast „Nie wolno!” → „Co planujesz zrobić? Jak to zrobisz bezpiecznie?”
Różnica wydaje się subtelna, ale jest gigantyczna.
Pierwsze zdania mówią dziecku: „Ja wiem lepiej, Ty nie potrafisz ocenić sytuacji”. Drugie mówią: „Masz narzędzia, żeby to ocenić. Użyj ich. Ja tu będę, aby Cię wesprzeć”.
Wprowadź „okna ryzyka”.
Nie musisz zmieniać wszystkiego od razu. Zacznij od małych okien czasu, w których świadomie odpuszczasz kontrolę.
30 minut dziennie bez interwencji. Obserwujesz, nie komentujesz. Dziecko bawi się, jak chce. Interweniujesz tylko, gdy pojawia się zagrożenie (nie ryzyko).
Jedna „ryzykowna niedziela” w miesiącu. To dzień, kiedy robicie coś wymagającego oceny ryzyka: wspinaczka, praca z narzędziami, rozpalanie ogniska, wędrówka nowym szlakiem.
Stopniowe rozszerzanie strefy autonomii. Dziecko ma 6 lat? Może samo pójść na podwórko przed blokiem. Ma 8 lat? Może samo dojść do sklepu dwie ulice dalej. Ma 10 lat? Może samo pojechać rowerem do kolegi.
Nie traktuj jednak tych granic wiekowych jak instrukcji obsługi każdego dziecka. Każda rodzina ma inne tempo i granice. Nie porównuj się do innych. Obserwuj swoje dziecko i rozszerzaj strefę tam, gdzie widzisz, że jest gotowe.
Wprowadzaj narzędzia systematycznie.
Zaczynaj wcześnie.
Trzy-cztery lata: bezpieczny nóż do masła, mały drewniany młotek. Pięć-sześć lat: nóż składany z zaokrąglonym czubkiem, zwykły młotek, wiertarka ręczna. Siedem-osiem lat: piła, wiertarka elektryczna pod nadzorem.
Przed użyciem narzędzia pokazujesz, jak się je trzyma, jak pracuje, co może pójść nie tak. Dziecko powtarza. Pracujesz PRZY dziecku, nie ZA dziecko. Obserwujesz pierwsze próby i korygujesz technikę, nie zabierasz narzędzia.
Na moich warsztatach dzieci słuchały instrukcji i pracowały bezpiecznie, bo wiedziały, że to jest poważna sprawa. Ja nie bagatelizowałam zagrożeń (nie zostawiałam ich przecież bez nadzoru), ale też nie dramatyzowałam. Mówiłam: „To narzędzie może Cię skaleczyć, jeśli użyjesz go źle. Pokażę Ci, jak użyć go dobrze.”
Radź sobie z presją otoczenia.
Czasem najtrudniejsza część to nie dziecko i nie ryzyko. To inni dorośli.
Babcia krzyczy „On spadnie!”. Inna mama na placu zabaw patrzy z dezaprobatą, bo Twoje dziecko wspina się na konstrukcję „dla starszych”. Nauczycielka dzwoni, że dziecko używało nożyczek bez pytania.
Przygotuj sobie krótkie, spokojne wyjaśnienie: „Uczę go oceniać ryzyko, żeby w przyszłości był bezpieczniejszy.” Albo: „Wiem, że to wygląda strasznie, ale ona wie, co robi. Ja jestem i obserwuję.”
Nie musisz się tłumaczyć obszernie. Nie musisz przekonywać. Po prostu konsekwentnie powtarzaj swoją kwestię i wracaj do obserwacji dziecka.
Z babcią możesz porozmawiać w spokojniejszym momencie, wytłumaczyć swoją strategię. Ale na placu zabaw, w momencie akcji – krótko i stanowczo ucinaj takie „dobre rady”.
Dokumentuj postępy.
Zapisuj lub rób zdjęcia sytuacji, w których dziecko samodzielnie oceniło ryzyko i dobrze sobie poradziło. Nie na Instagrama. Dla siebie.
Kiedy będziesz się bać, wróć do tych notatek. Przypomnij sobie: miesiąc temu bałaś się puścić je samo na pobliski plac zabaw. Teraz wspina się na drzewo i wie, kiedy się zatrzymać.
Zwracaj uwagę, jak dziecko zaczyna samo oceniać ryzyko. „Mamo, myślę, że ta gałąź jest za cienka.” „Tato, może najpierw spróbuję na niższej zjeżdżalni.” Zauważ to, zaakceptuj.
Lepiej zdarte kolano niż złamana pewność siebie.
Przegląd systematyczny badań nad ryzykowną zabawą pokazuje, że pozytywne efekty zdrowotne wynikające z ryzykownej zabawy na świeżym powietrzu przewyższają koszty związane z unikaniem takiej zabawy.
Dzieci, które mogą się zgubić, wspinać się, bawić się narzędziami, są bardziej aktywne fizycznie, mają lepsze relacje społeczne, są bardziej kreatywne i odporne na trudności i wyzwania.
Dzieci chronione przed każdym upadkiem nie nauczą się chodzić.
Chronione przed każdym ryzykiem nie nauczą się radzić sobie w życiu.